Star Ruler – pierwszy rzut oka

Ogromna hala. A w niej rzędy stanowisk bojowych przygotowanych dla gry wojennej „Podbój Galaktyki“ o kryptonimie „Star Ruler“. Podchodzę niepewnie do oficera prowadzącego, który automatycznie odpowiada: „Numer 45c066 do kwadratu C145“. Szybko przebijam się przez tabuny ludzi i docieram na swoje miejsce. Świadomy wysiłku jaki na mnie czeka, spożyłem kilka środków usprawniających funkcjonowanie organicznego mózgu, a pamięć elektroniczną zdefragmentowałem.

Wygodnie rozsiadłem się w fotelu. Moje oczy ujrzały tylko jedną planetę, na co zdziwiłem się wielce. Jednak me skromne imperium dość szybko podbiło cały układ. Z jaką dziecinną łatwością! Wystarczyło wyprodukować statki kolonizacyjne, a one same znalazły swój cel. Każda nowa pozyskana planeta wydaje się być nowym wyzwaniem, lecz nic bardziej mylnego. Można oczywiście samemu nią zarządzać, budować kolejne struktury, ale przecież jestem przywódcą nowego mocarstwa i nie będę się tym wszystkim bawił. Po cóż mi to! Wydaję odpowiednie rozporządzenia czym ta planeta ma się zajmować i nic więcej mnie nie obchodzi. Jeśli jakiś zarządca nawali, to nic się nie stanie. Przecież tych światów jest tak dużo. Inni jego błędy naprawią.

AI nie jest taka głupia

Kolejne układy słoneczne kolonizuję z taką łatwością, jak swój pierwszy. Mam na zapleczu flotę odpowiednich staktów do tego przystosowanych. Niezamieszkane planety? Dwa ruchy myślą i gdzieś z oddalonych o lata świetlne stoczni lecą koloniści. To takie proste, że aż dziwię się, że w poprzednich symulatorach podbojów nie zastosowano tak świetnego zarządzania skalą makro. Jeśli chcę wszystko samemu robić, to nie ma problemu. Jeśli jednak o czymś zapomniałem, to bez obaw – nie zostanie zaniedbane. Może będzie trochę nie po mojej myśli, ale AI nie jest taka głupia. W końcu przez blisko dwustuletnią historię skomputeryzowanego gatunku ludzkiego dostała tyle danych, że spokojnie sobie radzi z problemami, przewyższającymi nawet człowieka uzbrojonego w implanty elektroniczne.

Oho, natrafiłem na wroga. Posyłam z łatwością do zagrożonego układu planetarnego ogromną flotę niszczycieli, bombowców, myśliwców i stacje z paliwem. Zaopatrzenie zawsze na wojnie jest ważne, a tutaj o tym na szczęście nie zapomniano. Walka trwa. Widzę popisy okręcików i ich brzydkie sylwetki, lecz przy takiej skali to i tak nie ma znaczenia. Zazwyczaj mam na oku przedstawiające ich symbole. Straty? Nie przejmuję się nimi, bo i tak moje imperialne stocznie pracują bez wytchnienia. Najwyżej wróg zajmie kilka układów, które zostaną odbite niedługo później.

Po blisko pięciu godzinach symulacji podbijam galaktykę. Skończyłem przed czasem, z czego cieszę się niezmiernie. Mogę teraz spokojnie popatrzeć na ekran wprowadzający. Widzę niewiele opcji gry do wyboru, z czego jestem niezbyt uradowany. Chcę jeszcze, ale inaczej! Po chwili pewien niesmak ustępuje. Wyłączam aplikację i pokazuje mi się informacja, że to tylko wersja demo. A w pełnej co jest? O wiele, wiele więcej o czym napiszę w raporcie, gdy uzbieram pieniądze z żołdu przyznawanego pilotom floty imperialnej.

Grę można kupić tutaj.

This entry was posted in Publicystyka and tagged . Bookmark the permalink.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>