Żyjemy w świecie brutalnych wojen. Codziennie obserwujemy przemoc: najczęściej psychiczną, czasami fizyczną. Nic jednak nie zamierzamy z tym robić. Tłumaczymy to po prostu brutalnymi instynktami zwierzęcymi, duchami czy też bogiem i uważamy, że mamy związane ręce. Mimo pewnej obojętności wobec wszechobecnych konfliktów zbrojnych drżymy przed wojną na masową skalę – trzecią wojną światową. I choć po rozpadzie ZSRR czasowo licznik atomowy się oddalił od godziny zero, powrócił na swe bliskie miejsce w skutek wydarzeń dziejących się na przestrzeni ostatnich pięciu lat.
W czasie, kiedy każdemu groźba atomowej zagłady wydawała się odległa, pojawił się Total Annihilation. Mimo że fabuła w tej produkcji była znikoma, jako pierwsza ze strategii czasu rzeczywistego pozwalała doświadczyć wojny na prawdziwie masową skalę. Tu mogliśmy użyć potężnej broni jądrowej, ostrzelać z
ogromnych baterii artylerii bazę wroga, znajdującą się na drugim końcu mapy. Tutaj w przeciwieństwie do wielu RTS-ów z tamtych lat, jedna jednostka niewiele znaczyła. Liczyła się ilość. Oprócz niej oczywiście taktyka. Ona w tym tytule rozwijała naprawdę skrzydła. Mnogość jednostek pozwalała dobrać sposób ofensywy jaki pasował do stylu naszej gry.
Total Annihilation nie doczekał prawdziwego sequela. Powstał Supreme Commander, który można nazwać duchowym następcą tegoż tytułu. Gra była na tyle dobra, że doczekała się dodatku a także kolejnej
części, która jednak okazała się niewypałem. Supreme Commander zmniejszył wachlarz dostępnych jednostek, lecz oczywiście grywalność pozostała ogromna. Grało i gra się przyjemnie. Jednak oprócz tej serii, znanej każdemu miłośnikowi strategii powstał nieco wcześniej spring engine. Początkowo miał służyć do oglądania powtórek z rozgrywek Total Annihilation, jednakże rozwinął się do znakomitego opensource’owego silnika gry.
Kiedy go około trzy tygodnie temu zainstalowałem, oczekiwałem od niego stabilności oraz możliwości zagrania partyjki w dość krótkim czasie. Nie lubię czekać i zbytnio się bawić przy poszczególnych tytułach gier tak, żeby działały właściwie. Gry to rozrywka, której mają mi w nadmiarze dostarczać. Dlatego też samo uruchomienie klienta lobby wiązało się z pewną ilością słów na literę „k”. Kolejne minuty nie wyglądały lepiej. Okazało się, że nie mam 100% map, jakie są używane przez graczy i byłem zmuszony pościągać kilka. Kiedy już miałem nieco tego i owego, postanowiłem zagrać. Niestety powalił mnie czas oczekiwania na graczy i rzuciłem wszystko co ze springiem związane na kilka dni.
W tym czasie przeszedłem kilka kampanii z The Battle for Wesnoth, o którym też tekst napiszę. Kiedy ponownie mnie naszła ochota na Spring zaparłem się i czekałem długo. Tak długo aż w końcu udało mi się zagrać. Niestety ciężkie me czekanie nie zostało wynagrodzone. Szybko zostałem zniszczony przez bardziej doświadczonego gracza. W dodatku nie byłem pozytywnie nastawiony do moda Balanced Annihilation – najpopularniejszego ze wszystkich. Musiałem jeszcze zrobić kolejne podejście, by się ostatecznie przekonać i pokochać ten twór.
Spring, a konkretniej jego modyfikacje, mocno zmieniają podejście do strategii czasu rzeczywistego. Człowiek uczy się na nowo wszystkiego, bo tu wiele nawyków po prostu się nie sprawdza. Nie ma dobrego, uniwersalnego startu, jak i nie ma dobrej na wszystko taktyki. To jak się bitwa potoczy, zależy przede wszystkim od mapy. Na mniejszej raczej nie osiągniemy jednostek wysokopoziomowych, na
dużej wieczne zasypywanie wroga drobnicą jest bezsensowną stratą czasu potrzebnego na ich wyprodukowanie. Oczywiste jest też, że w przypadku terenu z dużą ilością wody, będzie liczyło się
wszystko co ukochało sobie to środowisko. A oprócz statków nawodnych, jak i podwodnych mamy też amfibie, poduszkowce oraz wodoloty. Mod pozwala na stworzenie imperium wodnego. Ono wcale nie
musi ustępować jego lądowemu odpowiednikowi. Statek flagowy posiada ogromną siłę ognia, pozwalającą niszczyć setki jednostek, a pojazdy wodne mogą spokojnie przejechać po dnie, lub nad powierzchnią wody i po zrobieniu desantu w najmniej spodziewanym miejscu, śmiałym rajdem zniszczyć budynki odpowiadające za kondycję gospodarki wroga. Ta wbrew pozorom nie jest taka prosta. Trzeba utrzymać przypływ metalu oraz energii w stopniu pozwalającym wytrzymać kryzysy, spowodowane niszczeniem najdroższych i strasznie słabych budynków.
Nie jest to łatwe, jak i cały mod. Wymaga miesięcy ćwiczeń i na początku będziemy przegrywać. Jak wcześniej napisałem, musiałem zagrać jedną długą grę, by naprawdę pokochać ten tytuł. Za co go tak umiłowałem? Na pewno nie za grafikę. Jednostki są po prostu brzydkie, to tylko nieco ulepszone modele z oryginalnego TA, ale i z drugiej strony są czytelne. To zapewne celowy zabieg, bo silnik pozwala na lepszą jakość wojsk. Czego dowodem jest Spring 1944, gdzie pojazdy są odwzorowane dość szczegółowo, a gra chodzi bardzo dobrze. Niemniej nie samą grafiką człowiek żyje. Ja Balanced Annihilation polubiłem za to, co opisałem w poprzednim akapicie – za ogromną ilość jednostek i opcji taktycznych. Dlatego też ten mod wręcz kipi grywalnością. Ciężko się oprzeć pokusie zagrania następnej godzinnej gry. Co z tego, że się przegrało. Przyjemność kierowania kolejnych oddziałów lekkich czołgów na stracenie jest ogromna. Warto w to zagrać, pomimo początkowych częstych powodów do mocnego zirytowania się. Warto też, gdyż gra jest dostępna za darmo. W dodatku Spring dostępny jest na wszystkie znane platformy – Windowsa, Maca i Linuxa. Dlatego nie zastanawiajcie się długo i po prostu wejdźcie na www.springrts.com
